8.7.12

Szyciowe zaległości

Nadszedł czas nadrobienia zaległości szyciowych. Planowałam uszycie jednej rzeczy w miesiącu. No cóż.. różnie z tym jest. Maszyny jednak nadal dziarsko stoją i czekają na mój ruch :) M tylko woła co jakiś czas, schowaj maszyny, schowaj maszyny kochanie schowaj maszyny...
A ja, ponieważ nie mam problemu z asertywnością, od razu krzyczę NIE! I tak stoją i czekają na .. no właśnie sama nie wiem na co...
Żeby nie było, że tylko wystawiłam te maszyny i na nie patrzę zmobilizowałam się i uszyłam bluzkę ( w marcu jeszcze sukienkę, no i szyję pościel w związku z moim nowym "projektem").
Prosta jak budowa cepa a szyłam ją chyba ze 2 miesiące.  Ciągle coś mi z nią nie grało. A to tkaniny za mało (tkanina to prawdziwy jedwab, z bluzki od mojej mamy) a to nie wiedziałam z czym ją połączyć (tył zrobiłam w końcu z "szarej" wiskozy) a to nici  miałam nie w takim kolorze jak potrzeba. Problemy piętrzyły się same aż do ostatniego poniedziałku. W końcu powiedziałam dość i skończyłam ją ostatecznie. Oczywiście najchętniej bym ją popruła i uszyła raz jeszcze trochę inaczej ale już mi się zwyczajnie nie chce. Więc w tym sezonie zostanie pewnie taka jak jest, a w następnym się pomyśli.
Szczerze mówiąc, to przyznam się, że mam "bzika" na punkcie przerabiania. Nie cierpię tego robić ale robię to najczęściej! Wiem, wiem trochę to pomieszane ale już tłumaczę.
Otóż moja mama również z zawodu krawcowa, całe życie przerabiała mnie i mojej siostrze i sobie ubrania (same doskonale wiecie jakie były czasy). Zbierała wszystko i nic nie wyrzucała jeśli idzie o tkaniny. I ja to mam niestety po niej. Zbieram wszystkie szmatki jakie mogłyby się jakkolwiek do czegokolwiek, i kiedykolwiek nadać. Do tego od czasu do czasu kupuję jeszcze tkaniny z metra. I niestety obrastam  nimi. Tkaniny mam wszędzie i każdą nową przestrzeń w domu adoptuję na nie. Przyrzekłam sobie ostatnio że nie kupię już ani kawałka tkaniny dopóki nie "wyszyję" tego co mam. A z przeróbkami jeśli ktoś przerabia to wie jaki jest problem. Człowiek sobie coś wymyśli, pruje takiego "dziada" dzień dwa, prasuje, kombinuje i wreszcie forma wycięta, po czy się okazuje, że np. nie zmieszczę się z rękawem. No i ... już mi się odechciewa. Odkładam i czeka kolejne dwa lata.  Drugi mój problem to taki, że ja nie lubię jak widać że ubrania są szyte domowym sposobem, a to niestety często się spotyka u osób szyjących. Dlatego moje pierwsze pytanie do M jakie pada to "widać że szyta?"
Z racji zawodu jaki wykonuję, potrafię właściwie od razu wychwycić rzecz uszytą fabrycznie od domówki. I nie mówię nawet o tym, że w ubraniach domowych np, rzadko się udaje dobrać kolor nici, czy też brak jest "specjalistycznych"wykończeń, ale o tym, że np. źle dobrana jest tkanina do modelu.
Chcąc uniknąć właśnie tego typu "wpadek" dość długo myślę nad tkaniną, jak ją ugryźć.
A czas leci :)
Ok, rozpisałam się jak nigdy. To jest bluzka którą uszyłam.

PS: pytanie do Was: widać że szyta? :)





4 komentarze:

alizee pisze...

Ładna bluzka, ale podziwiam Twoje zaangażowanie w przeróbki. Nie cierpię przerabiać, pruć, wolę uszyć nową rzecz.
Też pamiętam czasy gdy moja mama przerabiała różne ciuchy.... a miała wyjątkowy talent do szycia nawet z kawałeczków (chyba po niej mam skłonności do patchworku:)).
Jedwab jest trudny do szycia, dlatego tym mocniej podziwiam Twoje dzieło.

Pozdrawiam serdecznie

JUKA pisze...

Mam koleżankę krawcową i nigdy po jej rzeczach nie widać, jak to określasz, "że szyte"... Kolorów nici ma setki, kilak maszyn do szycia, wiec wszystko wychodzi perfekcyjnie :) Dla mnie oznaką domowego szycia jest wyraźne podszycie założenia tkaniny wokół dekoltu ;)

Anonimowy pisze...

Nie, wyglada jakby byla sklejona :-p ;-) To zart oczywiscie ;-) Bardzo ladnie wyglada :-) Pozdrawiam :-)

jaga pisze...

hi hi tez tak mam.
Często kupię jakiś ciuszek z myśla że zaraz go przerobię.
a czy widać że szyta, no widać że nie dziergana hi hi.

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Designed By Boutique-Website-Design